Contact:

hmisniakiewicz@gmail.com |  Tel: +48 660 612 970

  • Black Facebook Icon
  • Black Instagram Icon
Search

Washington, USA- student exchange

Updated: Jun 10, 2019

Nigdy nie wyjechałam poza Europę (pomijając jedne zawody w Kazachstanie). Stąd naturalna ciekawość, pchała mnie i nadal pcha w różne kierunki świata. W moim podróżniczym portfolio nie ma 63 zwiedzonych krajów, 376 lotów samolotem ani 50 pieczątek w paszporcie. Za to, od kolekcjonowania miejsc, wole kolekcjonować chwile, które kojarzą mi się z ludźmi i 'miejscową codziennością'. Miejscową codziennością czyli możliwością, przynajmniej w małym stopniu, doświadczenia lokalnego życia i robienia tego, co robią na co dzień mieszkańcy danego miejsca.


Stany przyciągały mnie nie tylko samą kulturą, czy historią, ale raczej wyobrażeniem. Chęcią skonfrontowania owego wyobrażenia z rzeczywistością. Doświadczenia tego, co dotychczas widziałam wyłączenia na kolorowych obrazkach lub w tekstach podręczników. Każdy, jak sądzę, ma pewne skojarzenia związane z USA. Nieważne czy są to skojarzenia pozytywne czy negatywne. Prawdopodobnie jest ich dużo, ponieważ obraz państwa, od dawna jest mocno kreowany i transmitowany przez media na różne strony świata.


Ciekawość tego, co leży za oceanem, była spora i rosła. Zgłosiłam się do programu studenckiego ISEP i tak po długim, żmudnym procesie rekrutacji, zakwalifikowałam się na uczelnię Western Washington Univeristy. Z perspektywy czasu, widzę, że wielu rzeczy nie zaplanowałam i wielu rzeczy się nie spodziewałam (np. możliwości przedłużenia wymiany jeszcze przed wyjazdem). Patrząc jednak z drugiej strony, człowiek jest zawsze mądry po fakcie. Poza tym, gdzieś głęboko wierzę, że zawsze dzieje się to, co ma się dziać i na pewno sytuacje wpływu nie mamy.





Jesienią ubiegłego roku, wyruszyłam po raz pierwszy za ocean. Na miejscu spotkałam innych studentów z całej Europy, którzy uczestniczyli w tej samej wymianie. Co ciekawe, tak bardzo zgraliśmy się towarzysko, że nie odczuwałam nadmiernej potrzeby aby tworzyć przyjaźnie z lokalnymi. Razem z Włochami (ich to jednak zawsze gdzieś wynajdę) tworzyliśmy super paczkę i po dłuższej chwili, zapomniałam, że przyleciałam do Stanów sama.







Nie będę tu opisywać dokładnie mojej trzymiesięcznej przygody (za to chętnie mogę opowiedzieć coś więcej przy okazji), ale chcę po krotce podzielić się rzeczami, które uważam za ciekawe, dobre, lub tymi, z których czerpię jakąś naukę. Jeżeli chodzi o mentalność Amerykanów, to powiem od razu, że jakoś bardzo jej nie podłapałam. Wiele rzeczy w niej cenię i chciałabym przełożyć na codziennie działania. Jednak mam nieodparte wrażenie, że łatwo nawiązać z nimi interakcję, a znacznie cięższej wejść w głębszą, prawdziwą relację. Sam kraj jest niesamowity pod względem różnorodności. Mogę ledwo co powiedzieć, że poznałam 1/50 całych Stanów. W kontekście historyczno-kulturowym, zdumiewające jest to jak wiele barw i kontrastów da się wyczuć pomimo tak 'niedługiej egzystencji'. Mam również wrażenie, że potrafię zrozumieć osoby zarówno zakochane jak i omijające kraj szerokim łukiem. Wszystko to, stanowi o niepowtarzalnym klimacie i smaku Ameryki (warto sprawdzić jakim :)).


Rzeczy, które były super podczas wymiany:


- CAMPUS i jeszcze raz campus! Wszystko co potrzebne, znajduje się w jednym miejscu. Na przykład: ośrodek sportowy, w jednym miejscu siłownia z bieżnią, boiska, basen, ścianka. Koło tego, budynki uczelniane. W strategicznych punktach osadzone są stołówki (wbrew pozorom na prawdę dobre, ze zdrowym jedzeniem!), Starbucksy i inne sieciówki, Ponadto istnieje mnóstwo możliwości 'pomocy'- wszelkiego rodzaju doradców, centrum zdrowia itp.



Fall at the campus

View from the dorms






- Środowisko Western. Washington to w końcu zielony Stan. Szukając miejsca na wymianę, najbardziej zależało mi na lokalizacji. Mój kampus graniczył z OCEANEM i GÓRAMI. Co prawda, miasteczko było dosyć małe i jak na europejskie standardy niekoniecznie urokliwe, ale natura była czymś niesamowitym. Z biblioteki miałam widok na zatokę, idąc na plażę widziałam góry, udając się rano na kampus przez moją ścieżkę przebiegały sarny i daniele. Dla mojej duszy to było spełnienie marzeń. Do tego, wszyscy mieli raczej 'luźny' styl bycia- każdy ubierał co chce, zazwyczaj jednak leginsy, bluzę i plecak.



Between classes-casual campus trail

Watching sunset on the closest beach



Morning commute, on my way to school


- Profesorowie i nauka. Zdecydowanie niebo a ziemia między sposobem nauki tam, a w Polsce. Większości profesorów po prostu 'się chce'. Pomagają, są zawsze dla Ciebie. Ich 'office hours' to niemal obowiązek dla studentów. Profesorowie angażują się. I przede wszystkim, angażują się też ludzie dookoła Ciebie. Ok, zawsze znajdzie się ktoś, komu się nie chce. Ale większość studentów, to osoby, które dają z siebie wiele i włączają się w życie uczelni.


- System z kartą ID. Karta studencka, nasza legitymacja, jest tam na wszystko- transport publiczny gratis, jedzenie, wejście na siłownię, kawiarnie, poczta.. wszystko funkcjonuje dzięki tej karcie.






- Pacific Nortwest. NATURA. Cudo. Z jednej strony, piękne góry Kolumbii Brytyjskiej. Z drugiej, ocean i surferzy. Zieleń. Gorące źródła. Lasy. Jeden z moich ulubionych noclegów, to wyprawa na półwysep do parku Olimpics National Park. Zdecydowanie polecam każdemu. Wypożyczyliśmy namioty na parę dni, pojechaliśmy z rana, nocowaliśmy na plaży z jednym z najpiękniejszych zachodów słońca jakie widziałam. A następnego dnia, pojechaliśmy w góry i spaliśmy we wszystkich możliwych warstwach przy -15 C, aby zobaczyć lodowiec.


- Ogólna łatwość. Nie wiem jak to wytłumaczyć. Po prostu wiele rzeczy jest tam dobrze przemyślanych i łatwo rozwiązanych.






Rzeczy, które dały mi do myślenia/były lekcjami:


- paradoksalnie wyjazd do Stanów, sprawił, że doceniłam Polskę. Lepiej zauważyłam sposób, w który się rozwija, możliwości, 'komfort finansowy', architekturę i bogatą historię naszego kraju..i przede wszystkim doceniłam polską bankowość! Z tym ostatnim, w Stanach bywa ciężko..


- Miałam serię mieszanych uczuć względem otwartości Amerykanów. Z jednej strony szalenie podoba mi się ich bezpośredniość (jak danego dnia ładnie wyglądasz, to nikt nie będzie miał problemu, żeby powiedzieć Ci to wprost przechodząc obok ulicą) i przede wszystkim to, że NIE oceniają i się 'nie gapią'. Nikogo nie obchodzi czy właśnie weszłaś do tramwaju przebrana za różowego nosorożca. To jest na prawdę duży plus. Z drugiej strony, to 'how do you do' czasami staje się aż męczące. No bo, są takie dni kiedy nie ma się siły po raz 45. odpowiadać 'dobrze, dziękuję', wiedząc, że intencje pytania nie są szczerze, tylko wynikają z tradycji.


- Nierówności. To bardzo zawiły temat. Nie będę tu niczego opisywać, ale uczestniczyłam w zajęciach "Communication, Identity and Differences', podczas których słuchając innych osób zaczęłam lepiej dostrzegać problem, z którym od zawsze borykają się Stany. Pomijając wszelkie dyskryminacje związane z pochodzeniem/kolorem skóry, ciekawą rzeczą było dostrzeżenia 'privileged people'. Sporo osób w Western zwracało uwagę na aktualne nierówności społeczne (Washginton z Seattle na czele, jest jednym z najbogatszych stanów. Miałam wrażenie, że bogactwo tam jest zero-jedynkowe).


- Inne postrzeganie korporacji i kariery. Wiele osób jest zakochanych w nowoczesnych, szybko rozwijających się korporacjach. Microsoft, Amazon i Google zatrudniają duże ilości osób w Seattle i odniosłam wrażenie, że na uczelni, wszystko skierowane jest na 'rozwój i karierę'. Oczywiście, spotykamy się z tym wszędzie. Jednak tam, w stosunkowo młodym wieku, uczniowie rozpoczynają swoją 'ścieżkę kariery', dostają wysokie stanowiska, kupują mieszkania, zakładają biznesy. Na plus, oceniam na pewno to, że w ich mentalności nie ma słowa 'nie'. Ludzie dookoła, dopingują Cię w Twoich pomysłach. Jednak poza tym, moja wrażenie odnośnie systemu pracy to ciągły 'pościg w karierze'. Cytat, który dał mi do myślenia: "to nie chodzi do końca o miejsce, w którym jesteś. Chodzi o ludzi. O ludzi, którzy pchają Cię do przodu i dodają energii. To od nich się uczysz. Bez nich, najlepsze miejsce może okazać się bezużyteczne, i vice versa'. (Rozmowa w kontekście: czy status i ranking uczelni rzeczywiście ma takie znaczenie?).



Fun facts:


- Amerykanie uwielbiają fun facts. Za każdym razem, kiedy miałam się przedstawić na nowo, proszono mnie o opowiedzenie jakiegoś 'fun facts' o sobie. Bardzo stresujące, bo nigdy nic fajnego nie przychodzi mi do głowy kiedy o to proszą. Zazwyczaj opowiadałam o mojej 40h podróży z przesiadką W Londynie, z zestawem narciarskim i walizką do mieszkania.


- Spełniłam trochę moje marzenie- wynajęłam pick-upa, wstałam o 4 rano i pojechałam sama na narty do Whistler (nikt nie chciał ze mną, bo była sesja). W kolejce do gondoli od razu spotkałam 4 śmiesznych Teksańczyków, z którymi jeździłam cały dzień. Opowiadali o temperaturach w Teksasie, pokazywali polowanie na dziki, patrzyli się na mnie jak na nienormalną kiedy zaczęłam robić rozgrzewkę przed wyjściem na narty (do tego stopnia, że nawet sami zaczęli poruszać nerwowo ramionami). Najbardziej cieszyłam się, że jeżdżę po trasie, gdzie moi dawni idole zdobywali medale w 2010 roku podczas Igrzysk.

- wyciągi w USA nie mogą równać się z Europą. Karnet papierowy na agrafkę, wyciągi bez poręczy. Nawet nowoczesne Whistler nie może równać się z krzesełkami obrotowymi do słońca w Białce.




- Wyraźnie czuć różnicę między Wschodem a Zachodem, tempem życia i podejściem do pracy.

- Razem z Szymonem, zaliczyliśmy najzimniejszy od 100 lat Thanksgiving w Nowym Yorku ( -10 stopni!).




- Jak tanie sushi to Vancouver. Otoczenie miasta jest piękne, ale zdominowane przez Azjatów. Oprócz tego, miasto jest otoczone cudowną naturą. Campus UBC i 'prywatna' plaża do zachodów słońca z górami w tle, ogromny Stanley Park. Idealne do uprawiania porannych aktywności- bardzo polecam bieganie dookoła miasta o wschodzie słońca przy porcie.






- W Olympics musisz obowiązkowo wziąć na kemping pudełko na jedzenie. Nie można przechowywać go w namiocie, bo wtedy niedźwiedzie czy inne dzikie zwierzęta rozerwą namiot na pół. Kiedy pojechaliśm na noc do parku, byłam do tego stopnia przerażona, że wyjmowałam z kieszeni każdy stary papierek po batoniku i wyrzucałam na zewnątrz do pudełka. Dzielnie przygotowałam się mentalnie na zetknięcie ze zwierzęciem (szczególnie, że w środku lasu gotowaliśmy jedzenie przez pół nocy)... a tu nic. Aż się trochę zawiodłam, bo koniec końców byłaby fajna przygoda.







- Kiedyś w środku lasu, bez zasięgu i o zapadającym zmroku, złapaliśmy 'flat tire' w naszym aucie. Okazało się, że używanym samochodzie brakuje części do zmiany opony. Cudem ktoś przejeżdżał przez ten środek zadup** (bo oczywiście nie było mowy o dzwonieniu i zasięgu) o tej godzinie i postanowił nam pomóc. Francesco, pojechał z naszym wybawicielem do miasta (1h jazdy) po części. Całe szczęście, że wrócił cały i zdrowy bo jak się później okazało, nasz wybawiciel niedawno wyszedł z więzienia, pod nogami wiózł broń, a kiedy zobaczył sarnę przeskakująca przez drogę- wyjął strzelbę i próbował zastrzelić ją jedną ręką, a kierując drugą. Francesco chyba nigdy nie był tak szczęśliwy jak wtedy, kiedy z powrotem nas zobaczył.




Opowieści i przemyśleń mam jeszcze wiele, ale tak jak wspomniałam- wolę opowiadać je w rzeczywistość. Oczywiście, to co tu napisałam, to tylko moja mała, subiektywna, perspektywa, która mogę odnieść zaledwie do jednego Stanu.





Hania